Sushi [recenzja] Źródło: Machina Autor: Bartek Chaciński Data: 2000-06-01
Miło, gdy można z czystym sumieniem wyróżnić polską płytę. Mam tylko nadzieję, że niegdysiejsi fani Heya dojrzeli do takiej muzyki, jaką dziś oferuje nam Kasia N.
Świat artystów dzieli się na tych, którym zależy za bardzo, i tych, którym niespecjalnie zależy. Już wyjaśniam, w czym rzecz: ci pierwsi zajmują się głównie dość żałosnym zabieganiem o popularność, wydzwanianiem do gazet i kreowaniem faktów prasowych na swój temat - że im się dziecko urodziło, że dom wybudowali, że psa wyciągnęli ze schroniska zagrają Carnegie Hall itd. Jak ktoś napisze złą recenzję, to wydzwaniają do naczelnego, że to głąb, obrażają się na gazetę - do czasu nagrania następnej płyty i kolejnej tury wywiadów. Drudzy nie robią szumu, wydają czasem płytę, jak ktoś ją pochwali, to nic nie mówią, a jak ktoś przyłoży to najwyżej napiszą o tym piosenkę. Oczywiście, tych drugich szanuję bardziej. I, oczywiście, Kasia Nosowska zalicza się właśnie do nich.
W jej przypadku olewanie wychodzi stosunkowo na dobre. Coraz bardziej interesuje mnie to, co mówi i śpiewa. Trochę mniej na Puk Puk, bardziej już na Milenie, a teraz już zdecydowanie tak. Kiedy śpiewa o tym, że jej prochy mają być nagrodą w konkursie radiowym, to mi się robi przykro. Kiedy śpiewa: "Publiczność, uwierz mi / Tak jak kobieta chce / Byś odkrył jej punkt G / I stymulował go", to czuję się stymulowany.
Muzyka zszyta jest z elementów, które pozornie zupełnie do siebie nie pasują - kawałek przypominający po trosze Chemical Brothers i The Orb przy akompaniamencie bębna, tamburyna i akustycznej gitary (w jednym nagraniu: Tfu). Triphopowy, nowoczesny numer (Przez) sąsiaduje z takim, który oparty jest na trzech gitarowych akordach (Grooby). Andrzej Smolik, producent albumu (odpowiedzialny chyba za połowę dobrych płyt w tym kraju), ma słabości do lekko połamanych rytmów, ale żaden to drum'n'bass; ma też słabość do technowych sekwencji trochę trącących brzmieniem rodem z komputerowego programu ReBirth (takie techno dla średniozaawansowanych), ale w połączeniu z rockową, naturalną wrażliwością daje to wszystko efekt całkiem frapujący. Więcej nawet: oryginalny.
I podobna gra kontrastów w przekazie: słodka melodia dostaje słowa o śmierci, a kiedy Nosowska śpiewa "a co jeżeli kocham inaczej?", to daję głowę, że się uśmiecha. Głos w prawie każdym nagraniu zostaje zniekształcony za pomocą innych studyjnych narzędzi, często pracuje w roli jeszcze jednego instrumentu. W ogóle słów jest na płycie mało, za to są wystarczająco przemyślane, żeby je zauważyć i pamiętać, że to album Nosowskiej, a nie instrumentalna płyta Smolika.
Słyszałem opinię, że na tej płycie nie ma singli. Zawsze myślałem, że singiel to taki kawałek, który się pamięta. Ja po pierwszym przesłuchaniu pamiętam co najmniej cztery piosenki (Keskese, Przebijśnieg, Electrified i Tfu), których po piątym nie miałem dość, więc problemu nie widzę.
Musze doprowadzić do sytuacji, gdy będę śpiewała naprawdę dla przyjemności, bez stresu, że to się nagle skończy - mówiła Nosowska dwa lata temu. Dziś z lekkością udowadnia, że ten koniec to jeszcze daleko
Bartek Chaciński
MACHINA nr 6 (51)
czerwiec 2000
Materiał zgromadził(a): Szlachcic
|