Kaśka od kołyski [artykuł] Źródło: Ozon Autor: Przemysław Dziubłowski Data: 2005-11-17
Hey, najpopularniejszy polski zespół rockowy lat 90., znowu w formie. A nowe teksty Kasi Nosowskiej wytrzymują porównanie z wierszami Agnieszki Osieckiej.
Trzynastka nie wszystkim przynosi pecha. Dla zespołu Hey oznacza dobrą passę - w 13. roku istnienia grupy Kasia Nosowska wciąż się rozwija, a "Echosystem", najnowsza płyta zespołu, może powtórzyć sukcesy pierwszych albumów. To dobra wiadomość dla tych, którzy pamiętają rok 1992 i koncert finałowy festiwalu w Jarocinie. Na scenie stała speszona ruda dziewczyna w wyciągniętym swetrze. To wtedy po raz pierwszy kilkanaście tysięcy osób usłyszało wyśpiewane zachrypniętym głosem słowa: "Moja i Twoja nadzieja uczyni realnym krok w chmurach, Moja i Twoja nadzieja pozwoli uczynić dziś cuda". Szczecińska grupa, której historia zaczęła się ledwie miesiąc wcześ-niej, zdobyła wtedy II nagrodę najważniejszej imprezy rockowej w Polsce.
Były to czasy, kiedy z Seattle nadciągała era grunge'u, flanelowych kraciastych koszul, Nirvany, Pearl Jam, Alice In Chains. Hey, w którego surowym, prostym rocku pobrzmiewają muzyczne echa z zachodniego wybrzeża Ameryki, dostał przepustkę do świata fonografii, a "Moją i Twoją nadzieję" jeszcze przed premierą debiutanckiej płyty śpiewała cała Polska.
Jaka byłaby polska muzyka rozrywkowa bez Heya? Trudno sobie wyobrazić. Sukces Nosowskiej, poruszającej raz niewinnym, raz drapieżnym głosem drażliwe tematy (przemoc w rodzinie, zdrada, samobójstwo), zapoczątkował wielką falę kobiecego rocka. Wypłynęły na niej m.in. Edyta Bartosiewicz, Kasia Kowalska, Kayah i grupa O.N.A. z Agnieszką Chylińską.
Jednak poza Kayah żadna nie ma tak silnej rynkowej pozycji jak Nosowska. W ciągu ostatnich 13 lat nagrała z Heyem osiem albumów, jeden minilongplay, dwie płyty koncertowe i trzy znakomite, absolutnie nowatorskie na naszym rynku solowe propozycje: "Puk Puk" (1996), "Milenę" (1998) i "Sushi" (2000).
I pomyśleć, że Hey stał już u progu rozpadu. Sześć lat temu gitarzysta Piotr Banach, założyciel zespołu i kompozytor niemal wszystkich utworów, po jednym z koncertów ni stąd, ni zowąd oznajmił, że odchodzi. A sytuacja i bez tego nie była różowa. Muzycy nie mogli uwolnić się od ciężaru sukcesu trzech pierwszych krążków ("Fire", "Ho!" i "?"). Kolejne płyty znalazły się w cieniu wcześniejszych dokonań. Zmiany były więc niezbędne i wszystkim wyszły na dobre.
Banach wybrał własną drogę, znaczoną najpierw dwiema udanymi płytami Indios Bravos, grupy łączącej reggae, rocka z odrobiną elektroniki, a teraz znakomitym solowym albumem. "Wu-Wei" to jego autorskie dzieło - sam napisał teksty i muzykę. Utwory zaśpiewali m.in. Tomek Lipiński i Alicja Janosz. A ponieważ większość kompozycji to potencjalne przeboje, artysta w krótkim czasie może stać się kompozytorem nie mniej wziętym niż Andrzej Smolik.
Jego miejsce w Heyu natychmiast zajął współpracujący z Nosowską już wcześniej Paweł Krawczyk, znany także z grup Ahimsa i Houk. I chociaż wydawało się, że tandem Banach/ Nosowska jest nie do zastąpienia, wydany w 2001 album "[sic!]" pokazał, że Hey bez dotychczasowego lidera znowu nabrał wiatru w żagle i znalazł właściwy kierunek. Grupa zrezyg-nowała z ostrych riffów, poszperała w szafie, gdzie znalazła m.in. płyty The Beatles, otworzyła się na inne muzyczne wpływy. "Music, music" z 2003 roku był konsekwentnym krokiem w stronę nowoczesnych brzmień. Oba albumy odniosły sukces artystyczny, ale ponieważ nie była to łatwa muzyka, zawęziły krąg słuchaczy do najwierniejszych fanów.
"Echosystem", wyraźnie skierowany do szerszej publiczności, jest najlepszym jak dotąd dziełem duetu Krawczyk/Nosowska. Z jednej strony przypomina o korzeniach zespołu, z drugiej - dowodzi, że Krawczyk dobrze orientuje się w najnowszych trendach brytyjskiej, przo-dującej obecnie, sceny rockowej.
Nosowska zaś wyrasta na pierwszą autorkę tekstów polskiej piosenki. Jej liryki mają poetykę bliską tekstom Agnieszki Osieckiej. Nieprzypadkowo wykorzystała je na swojej najnowszej płycie sama Maryla Rodowicz. Bo Nosowska jako autorka dojrzała. Jej świat już nie jest tak mroczny, brudny, beznadziejny. Pisze dużo o miłości, sensie egzystencji, który trzeba samemu odnaleźć. I choć złagodziła trochę swój cięty język, nadal potrafi warknąć z sarkazmem godnym wojujących feministek: "Nie nazywaj mnie kukiełką, kotkiem swym, Lepiej milcz! (...) Do cholery! Spróbuj wbić do łba! Ja na imię Kaśka od kołyski mam".
Napisał: Przemysław Dziubłowski
OZON nr 31/05
17 listopad 2005
Materiał zgromadził(a): Szlachcic
|