Smutek jest bardziej
[wywiad] Źródło: Lampa
Autor: Agnieszka Dorotkiewicz, Anna Dziewit
Data: 2005-11-01

Kasia Nosowska oprowadza po swoim wnętrzu oraz publicznym wizerunku Agnieszkę Dorotkiewicz i Annę Dziewit



ANNA DZIEWIT: Czy myślisz, że można zrobić naprawdę szczery wywiad z osobą publiczną, w którym naprawdę mówi się to, co się myśli, w którym nie trzeba się cały czas przyglądać temu, czy przez przypadek nie robi się komuś krzywdy i czy ta krzywda rykoszetem się na nas nie odbije?

KASIA NOSOWSKA: Można. Wydaje mi się, że chodzi tylko o to, aby wyselekcjonować pewne tematy, w których szczerość nie jest wskazana, właśnie ze względu na dobro ludzi, których szanujemy, którzy są dla i nas cenni. Wydaje mi się też, że osoby tak niezdecydowane jak ja, niezdeklarowane w żadnej dziedzinie, nie powinny się za bardzo otwierać. Ja zmieniam często zda- nie, w związku z czym, gdy padną jakieś mocne słowa z moich ust, na tyle mocne, że wywołają pewien zamęt w otoczeniu, muszę być na tyle pewna tych przekonań, żeby wiedzieć, że wycofanie się z nich nie przyniesie mi większej szkody niż samo wyznanie.



AGNIESZKA DROTKIEWIGZ: Problem polega też chyba na tym, że często mówi się coś w cudzysłowie, albo w nawiasie, a tego media w żaden sposób nie wychwytują.

- Właśnie tak. Poza tym ważny jest ton wypowiedzi. Ja mam odjazd totalny na punkcie tonu wypowiedzi i wiem, że mały niuans w tembrze głosu może spowodować, że cała wypowiedź nabiera innego znaczenia. W telewizji w miarę można zachować pierwotny ton wypowiedzi. Ale już w prasie jest to niemożliwe.



AGNES: Słuchałam ostatnio nowej płyty Stiny Nordenstam, wokalistki, o której mówiłaś kiedyś, że bardzo ją lubisz. Jest to bardzo piękna płyta i bardzo skandynawska: taki cichutki, szemrzący strumyk, a pod spodem straszny dramat. Czy odczuwasz taką fascynację?

- Powiedziałabym, że ta fascynacja dopiero się rozpoczyna. Rzeczywiście poznałam kilku artystów związanych głównie z muzyką - to jest jednak moja dziedzina - i tak się akurat składa, że ze Skandynawii pochodzi bardzo wielu, którzy mnie w jakimś sensie urzekli. A teraz zaczynam się otwierać na krainę, na geografie. Ojciec mojego dziecka jakiś czas temu wrócił z Islandii. I właśnie opowieści z pierwszej ręki osób, które otarły się o atmosferę są kluczowe, bo wydaje mi się, że nie ma co specjalnie histeryzować z interesowaniem się daną sytuacją geograficzną w momencie, kiedy nie było się tam samemu, albo nie zna się osoby, która na pewno tam była i jest w stanie zdać nam z tego jakąś sympatyczną relację. Tamten teren bardzo mnie interesuje, bo myślę, że wiele tajemnic i wyzwań czeka na każdego, kto się tam pojawi. Ostatnio okazało się także, że Norwegia jest dosyć fascynującym krajem, czego w ogóle się nie spodziewałam, wydawało mi się, że Norwegia to jest totalna nuda. O Norwegii wiedziałam mniej więcej tyle, co wszyscy palacze i ludzie, którzy sporadycznie, czy też mniej sporadycznie przyjmują alkohol, że jest tam strasznie drogo i nie opłaca się pić ani palić, co było dla mnie już dyskwalifikujące, bo dużo palę. Natomiast obejrzałam ostatnio setki fotografii z wyjazdu moich prawie teściów do Norwegu i okazało się, że jest to piękny kraj. Naprawdę. Wręcz nieprawdopodobnie piękny Wydawało mi się, że jest chłodny i pozbawiony uroku, tymczasem mnóstwo tam terenów zielonych i mnóstwo wody. Wszędzie. A w wodzie są ryby. A ja bardzo lubię ryby łowić, w związku z czym, również pod tym względem ten kraj bardzo mnie interesuje. Fakt, jest coś w tym, że Skandynawia to interesujący teren.



ANN: Na płycie HEYa [sic!] sprzed 3 lat wszystkie tytuły piosenek są cytatami tytułów artykułów z przedwojennego magazynu "As". Czy to jest twoja kolejna fascynacja, tym razem dwudziestoleciem?

- Myślę, że gdybym miała osadzić się w jakimś czasokresie, który jest dla mnie z różnych względów najbardziej interesujący, to chyba właśnie to byłoby to.



ANN: Dlaczego?

- To był czas, kiedy osoby, które chciały zaznaczyć mocno swoją obecność - mówię również o kobietach - mogły to zrobić, miały powoli do tego coraz większe prawo. Z drugiej strony był to okres, nacechowany tym, co się działo wcześniej, a co było dla mnie takie ujmujące. Krótko mówiąc było bardziej romantycznie, bardziej w stronę drugiego człowieka. Takie mam wrażenie. Poza tym, laski fajnie się ubierały. I miały ładne fryzury.
Bardzo mi się też podoba to, że przesiadywano po kawiarniach i - choć mnie tam nie było - mam wrażenie, że rozmawiało się o rzeczach w miarę ważnych. Teraz być może też są takie kawiarnie, w których się rozmawia - niestety te, w których ja czasami bywam sprawiają wrażenie słabych w tej materii.



AGNES: Nie wiem jak zadać to pytanie, bo chciałam zapytać cię o nadekspresję. To znaczy, czy nie czujesz się czasem przerysowana, nieadekwatna?

- Zarzuca mi się, szczególnie jeśli chodzi o scenę, że bywam nadekspresyjna. Trudno mi się nawet z tego tłumaczyć, bo akurat scena jest chyba jedynym terytorium, gdzie mam poczucie wolności, gdzie czuję się absolutnie u siebie i nawet fakt, że przychodzi ileś osób i się temu przygląda, temu mojemu byciu u siebie, nie krępuje mnie w żaden sposób. Wydaje mi się, że tam moja obecność jest usprawiedliwiona i że mam prawo, żeby zachowywać się dokładnie tak, jak chcę. Sprowadza się do tego, że czasami nie robię nic, bo akurat mi się nie chce, albo czuję się zawstydzona, a czasami wykonuję - być może - jakieś gesty, ruchy które mogą być uznane za przesadne. Ale są to zachowania, które pojawiają się z potrzeby chwili, zaakcentowania pewnych momentów na scenie, kiedy wydaje mi się, że powinny być one zaakcentowane.

A jeżeli chodzi ogólnie o takie nieprzystawanie za bardzo, to mam, mam poczucie tego. Sądzę jednak, że jakieś piętnaście lat temu wyrosłam ze zbyt intensywnego myślenia na ten temat. Życie jest tak krótkie, że szczerze mówiąc wcale mnie nie interesuje to, żeby być akceptowaną przez szeroko pojęty ogół. A nawet przez jego mniejsze fragmenty



AGNES: Czyli nie jest tak, że wracasz skądś i leżysz dwie godziny na łóżku myśląc po co ja to powiedziałam?

- No jasne, że tak, ale jestem tylko kobietą, babą, więc wiadomo, że czasami mi się coś wyrwie. Fakt, że rzeczywiście bardzo jestem surowa wobec siebie i bardzo często wydaje mi się, że w ogóle nie powinnam mówić, bo popełniam setki pomyłek, czasami po prostu dlatego, że chcę dobrze, a wychodzi totalnie koślawo. Rzeczywiście popełniam gafy, czasami strasznie się wstydzę za siebie, ale to się chyba akurat mieści w normie.



ANN: No pewnie. A czy czułaś się kiedyś skrzywdzona przez media? Czułaś, że ktoś zupełnie opacznie zrozumiał to, co powiedziałaś? Jakiś mentalny fotomontaż?

- Był taki moment, na samym początku. Szczerze mówiąc, nie należę do piosenkarek, które od dziecka marzyły o tym, żeby stać na scenie. No, też się wygłupiałam przed lustrem słuchając płyt Blondie na przykład, natomiast wcale nie myślałam o tym, że powinnam to robić, że chcę, być taką Blondie. To się moim zdaniem stało przez przypadek. Po prostu okoliczności akurat się ułożyły w taki sposób, że to mogła być moja pasja. Spotkałam kolegę i kolega grał na gitarze, poszłam do garażu, dosłownie do garażu, na pierwszą próbę, oni kazali śpiewać. Wstydziłam się, ale zaśpiewałam i się okazało, że jest fajnie. I wiedziałam, że bardzo lubię to robić i strasznie się do tego przywiązałam. Myślę jednak, że na początku nie do końca świadomie uczestniczyłam w tym, co robię. Na pewno wiedziałam, że lubię i świadomie śpiewam, ale wszystkie inne sytuacje chyba nie były do końca przeze mnie przemyślane i zaplanowane. Mam wrażenie, że na początku bardzo nas ogólnie, jako zespół krzywdziły opinie, które pojawiły się tuż po tym, kiedy wokół nas zrobiło się jakieś zamieszanie, balony sfruwały z nieba, zapalniczki płonęły żywym ogniem i w ogóle wszystko zrobiło się takie potwornie napompowane. Wyszło na to, że jesteśmy czymś na kształt gwiazd, a mentalnie nie byliśmy do tego w ogóle przygotowani. My byliśmy laską i kolesiami ze Szczecina, którzy po prostu chcieli sobie grać, mieć płytę i w ogóle. Żeby było fajnie. Artysta nie jest w stanie w żaden sposób zaplanować tego, że w pewnym momencie zostanie zauważony. Tego się po prostu zaplanować nie da. To tłum, w cudzysłowie - a nawet nie tylko - powoduje, że ten artysta w jakimś momencie swojego życia staje się kimś zauważalnym. I ten sam tłum chwilę później zaczyna wykluwać artyście oczy tym, że jest zauważalny i rozpoznawalny. Więc bardzo mnie to bolało. A cały czas miałam poczucie tego, jak bardzo jestem niezmieniona po tym wszystkim, co się przydarzyło zespołowi. Czułam, że tak naprawdę nic się nie zmieniło, wszystko jest dokładnie tak samo, mam te same problemy, jestem w takim samym stopniu nieśmiała, w takim samym stopniu popełniam błędy i tak dalej. Tymczasem nagle się okazało się, że ja już nie powinnam być taka jak byłam, że teraz powinnam godnie dźwigać ten ciężar, który mi na plecy wrzucono. A nie miałam wcale na to za bardzo ani siły ani ochoty. Ale potem stwierdziłam, że widocznie tak musi być, że ludzie po prostu podążają we własnym kierunku, a ja we własnym. Zresztą to co przewidziałam wtedy ziściło się wkrótce. Zrozumiałam, że nic nie trwa wiecznie i to zamieszanie też nie będzie trwało, że potem przyjdzie moment spokoju. I teraz już ten spokój jest.



AGNES: A nie miałaś wrażenia w czasie gorączki mediów, że są dwie osoby: ty i ta osoba z okładek?

- No właśnie nie, ja nie miałam poczucia jakiegoś rozdwojenia. Ja wiedziałam, że oczekiwania wobec mnie są chyba nie za bardzo proporcjonalne do tego jaka ja jestem, natomiast w sytuacjach medialnych raczej niczego nie ściemniałam.



AGNES: Nie, nie chodzi mi o to, że to ty coś ściemniałaś, tylko o to, że ten świat jest tak bardzo na niby: makijaż kosmetykami za dziesięć tysięcy, ubrania, które zaraz po sesji zabierają i że to wszystko naprawdę nie istnieje, że istnieje tylko na okładkach w setkach kiosków.

- Tak, tylko że od początku wiedziałam i o tym, że to nie jest świat, do którego należy się przywiązywać w jakikolwiek sposób, więc nigdy nie przeżyłam takiego załamania pojawiającego się w sytuacji, kiedy ubzduramy sobie, że to jest naprawdę i że jesteśmy tacy wyjątkowi, a potem nagle i następuje upadek z dużej wysokości. Dla i mnie zawsze te rzeczy poza śpiewaniem: zdjęcia, makijaże, a nawet wywiady - były 1 czymś dodatkowym.



ANN: A jak sobie radzisz z tym, kiedy ktoś po tobie jedzie, jest niesprawiedliwy w ocenach, czy jest jakiś sposób, żeby to po prostu wytrzymać?

- Jechali po mnie w szkołę podstawowej, a wtedy wcale nie byłam żadną wokalistki były takie momenty, że byłam skłócona z całą klasą i normalnie, ordynarnie po mnie jechali. Potem to się odwracało i było bardzo miło, także w przedszkolu się to zdarzało, więc nie mam poczucia, żeby było to coś wyjątkowego, wyjątkowe jechanie po mnie, któremu trzeba poświęcać bardzo wiele uwagi. To się dzieje, wiadomo. Na początku było mi przykro, tak najnormalniej w świecie niemiło, myślałam sobie: Boże, jestem przecież całkiem sympatyczną dziewczyną, dlaczego mnie nie lubią.

A potem się okazało, że nie jest to jedna z największych oczywistości, że po prostu nie ma takiej opcji, żeby wszyscy mnie lubili. Po prostu nie mogę mieć jednocześnie warkoczy i pazia, a zakładając, że część społeczeństwa, woli warkocze, a część pazia, to jestem w dupie, krótko mówiąc.



ANN: Czy możesz powiedzieć szczerze, co myślisz o polskiej scenie muzycznej, to znaczy, że na przykład piosenkarka A jest do bani, a piosenkarka B jest fajna?

- Znam mało piosenkarek, natomiast mogę powiedzieć, które głosy mi się podobają, a które mi się nie podobają. Ale to jest kwestia bardzo indywidualna, mam koleżankę wokalistkę, której się w ogóle nie podoba glos PJ Harvey, a ja uważam, że jest to jeden z najlepszych głosów na świecie, jest to więc kwestia gustu. Jeżeli coś jest fajne, to daję temu wyraz, niekoniecznie publicznie, natomiast wymieniamy się opiniami ze znajomymi. A jeżeli coś jest niefajne w sposób zatrważający mnie, no to wtedy trochę obgadam czasami, trochę się ponabijam.



AGNES: A jakie są twoje fascynacje literackie? Taka książka, którą się modlisz, albo która jakoś zdecydowanie zaważyła na twoim życiu?

- To nie jest jedna książka, tylko wszystko, co się ukazało u nas Emila Ciorana. Nie są to być może książki do podusi [od redakcji: między innymi - Na szczytach rozpaczy; Upadek w czas, Zły demiurg], ale wracam do niego bez przerwy: w chwilach zwątpienia po to, żeby zwątpić jeszcze bardziej i odrodzić się na nowo, albo w chwilach wielkiej radości, żeby trochę stonować to poczucie szczęścia. Jest doskonały i po prostu go uwielbiam.

Mam też odjazd totalny na punkcie biografii, lubię listy, ale tych bardzo szczególnych osób, nie czytam biografii jak leci, tylko najczęściej są to historie osób dziwnych, takie wydają mi się ciekawsze niż historie ludzi, którym wszystko się udało. Mój pan bardzo nie lubi, kiedy czytam o tych ludziach, mówi: znowu czytasz o jakiejś pierdolniętej wariatce, jakiejś głupiej samobójczyni, po co ty to czytasz? Ale jest uroczy, bo kiedy byliśmy w Londynie na koncercie, to poszedł ze mną śladami Virginii Woolf, chodziliśmy na piechotę, szukał ze mną jej domu, byłam normalnie pod jej chatą, robiłam sobie zdjęcia tej kamienicy, która została odbudowana i nie nosi pewnie nawet procenta śladów; które ona zostawiła, ale i tak było mi bardzo miło.

Przeczytałam też biografię Hemingwaya, którego nie lubię za bardzo, ale biografia była ciekawa, więc przebrnęłam przez nią, chociaż nie była mała objętościowo.



ANN: Widziałaś film Godziny?

- Widziałam. Najpierw czytałam książkę i szczerze mówiąc, książka bardzo mi się podobała, bardzo. I chyba oczekiwałam więcej po filmie. Ten film oglądałam z przyjemnością, chyba nawet ze trzy razy, ale bardziej skupiałam się na szczegółach,



AGNES: Bo to jest piękny estetycznie, bardzo malarski film.

Dokładnie. Kwiaty w wazonie, takie rzeczy.



ANN: Czyli jesteś osobą romantyczną.

- Miejscami bywam romantyczna. Myślę, że moje oko po prostu lubi, jak czasami dostarczam mu takich wrażeń. Niestety sama mam duży problem z estetycznym zorganizowaniem sobie przestrzeni. Stwierdziłam, że mam słabe, squaterskie, zbieracze mieszkanie. Oglądani czasem gazety ze zdjęciami taaakich mieszkań. I to wcale nie chodzi o to, że one są jakieś strasznie drogie, że te sprzęty kosztują milion dolarów Tylko wszystko jest przemyślane. Ja może jestem za bardzo rozwalona, żeby pomyśleć, by wszystko do siebie pasowało.



AGNES: A kupujesz meble na Kole, na Olimpii?

- No właśnie na Olimpii jeszcze nigdy nie byłam, to jest jakaś paranoja. Nie byłam nigdy ale wiem, że tam musi być bosko i muszę się tam pojawić. Ja mam rzeczy z różnych miejsc, jest na przykład taki sklep, jak się jedzie na Lublin, nie pamiętam jak się nazywa, ale chyba coś z konikiem w tytule. To jest taka bardzo nieatrakcyjna z wyglądu willa, gdzie na trzech poziomach panie składują wszystko. I te meble są bardzo tanie, ceny nie idą w tysiące, jak na Kole.



AGNES: Ja na przykład szaleję za starymi rzeczami, bo mam wrażenie, że w każdej z nich jest tyle historii - wzruszających, wstrząsających, krzepiących. Że potrzebuję tych rzeczy dla łych historii.

- Lubię też starą biżuterię, ale jej się z kolei boję. Przeczuwam historię, która czai się gdzieś pomiędzy zwojami kruszcu. Nie lubię nosić tej biżuterii, bo mam wrażenie, że jest zbyt silnie naładowana cudzą energią, być może nawet bardzo pozytywną, ale ja nie mogę tego sprawdzić. Mam na przykład bardzo ładne kolczyki, kupiłam je na Kaszubach w sklepie ze starociami, no i boję się, że jeśli je włożę, w najlepszym wypadku sczernieje mi ucho, a jeśli nie to zacznę robić dziwne rzeczy



AGNES: A Jeśli chodzi o historie, to masz taki dar znajdowania pięknych opowieści. Czytałam kiedyś, że czasem znajdujesz gdzieś te opowiadania, że to są właśnie takie historie z lumpeksu.

- Był taki moment, że byłam skrajnie zafascynowana panem z warzywniaka, do tego stopnia, że byłam skłonna wyobrazić sobie, że mogę go pokochać. Chociaż -jest to okropny pan: jest ogromny ma wielką brodę, ciągle pije - chyba mu się nudzi w tym warzywniaku, lubi Legię - no to jest plus [Kasia jest za Legią. Legia Warszawa żyje w przyjaźni z Pogonią Szczecin, nie ma więc na tej linii rozdarcia], ale jest dosyć szkaradny. Natomiast coś takiego było w sposobie, w jaki opowiadał, albo nakładał niektóre z tych owoców albo warzyw, że pomyślałam sobie, że taką osobę można pokochać, bo w taki szczególny sposób obcuje z towarem. Albo koleś, który robił mi jako pierwszy prześwietlenie żołądka i dwunastnicy Też był bardzo brzydki - ale miał taki głos, że kiedy powiedział mi, że mam wadę wrodzoną na dolnym odcinku przełyku, stwierdziłam, że mogłabym się w nim zakochać. Miał taki głos, że gdyby mi czytał na głos, to mogłabym być z nim chyba szczęśliwa. No, a te wszystkie historie, które nie dotyczą mnie, nie ma siły, muszą być przefiltrowane. Myślę, że każdy zwraca uwagę, na szczegóły, które najbardziej mu leżą.



ANN: Czy polujesz na historie? Szukasz sytuacji, w której ktoś może ci coś opowiedzieć? Podsłuchujesz na przystanku?

- Ja nie zadaję pytań, nie przeprowadzam wywiadów z ludźmi, których znam, ale myślę, że mam dosyć czujne ucho. W ogóle, dosyć rzadko spotykam się z ludźmi, w związku z tym każde spotkanie jest dla mnie cenne. I nawet jeżeli o niczym specjalnym się nie mówi, to lubię się gapić. I wszystkie te historie warstwą mułu osiadają w środku i potem można z niej czerpać w sytuacjach kryzysowych pod względem weny.



ANN: Właśnie a propos weny - pisałaś przez pewien czas felietony, czy nie miałaś lęku przed brakiem pomysłu, czy nie bałaś się, że zaczniesz podporządkowywać swoje życie celom fabularnym?

- Kiedy pisałam do "Filipinki", było raczej ciężko, bo miałam świadomość, jak młody jest odbiorca. Nie mogłam pisać dokładnie o tym, o czym chciałam, mając na uwadze, że coś może być za mocne, w nieodpowiednim momencie przekazane osobie młodej.

Było to trudne i niewdzięczne - okrajać całą prawdę, którą miałam do przekazania z tej najbardziej tłustej warstwy i przekazywać coś odtłuszczonego, lekkiego, strawnego dla młodego żołądka, umysłu. Były takie momenty, że po prostu płakałam przed klawiaturą. Najpierw byłam wściekła, robiłam się nieprzyjemna dla domowników, po czym płakałam, normalnie ryczałam z niemocy.



AGNES: A czy nie masz wrażenia, że dziewczyny i chłopaki mówią innymi językami, że mają trochę inny dyskurs?

- To prawda, ja ostatnio kupiłam sobie książkę Sekretne życie pszczół, autorka nazywa się chyba Sue Monk Kidd. Przeczytałam ją i bardzo mi się podobała. Najbardziej podobają mi się książki, gdzie raz na jakiś czas pojawia się zdanie, którego zazdroszczę i mówię sobie: jestem debilem, nic nie wiem, nic nie umiem, słowo to nie jest moja materia. Wtedy sama przestaję pisać, stwierdzam, że w najgorszy na świecie sposób operuje słowem. No i właśnie w tej książce Sekretne życie pszczół pojawiają się takie zdania. Chciałam ją polecić komuś - mam co najmniej trzech kolegów; którzy przepadają za literaturą, co nie jest częste, przynajmniej w moim środowisku. Chciałam im ją polecić, ale pomyślałam, że nie ma takiej opcji, żeby ją przeczytali. Dlatego, że jest napisana przez kobietę; dlatego, że jest o kobietach
- mężczyźni pojawiają się tam w śladowej ilości, po to tylko, żeby lekko ubarwić jakieś sytuacje zachodzące między kobietami.

W żadnym wypadku nie jest to książka dla facetów, w każdym razie, nie dla zamkniętych facetów I zastanawiałam się dlaczego tak jest. Rzeczywiście, język kobiet jest inny Już na poziomie czysto ludzkim mamy, przynamniej ja mam wiele problemów z porozumieniem się z mężczyznami. Mam wrażenie, że proste komunikaty które wysyłam, są odczytywane w jakiś absurdalny dla mnie sposób i podobnie działa to w drugą stronę. Skoro nie potrafimy się do końca porozumieć w życiu, to bardzo ciężko również dogadać się w relacji autor - czytelnik.

Z drugiej strony bardzo cenię facetów, którzy piszą, podoba mi się to jak niektórzy z nich piszą i nie mam żadnego problemy z przebrnięciem przez ich propozycje. Z czego wniosek, że kobiety po prostu, mają szerszą percepcję.



AGNES: Mam wrażenie, że obecnie ma miejsce przewartościowanie: zawsze było tak, że to samice były ubarwione na szaro, a samce kolorowo i to oni robili przedstawienie dla kobiet, jeździli na wyprawy krzyżowe. A teraz to dziewczyny kręcą się wokół własnej osi, wyciągają szklane paciorki, a chłopak siedzi z pilotem: następna, następna, to nudna piosenka.

- Specjalnie dużo o przyrodzie nie wiem, ale wydaje mi się, że rola samicy była zawsze bardzo określona. Zawsze byłam przeciwna udomowianiu kobiety za wszelką cenę i sprowadzaniu jej do poziomu niczego. Natomiast jeżeli kobieta sięga na półkę nie przeznaczoną dla niej, umieszczoną zbyt wysoko, to jest naturalne, że wprowadza silny zamęt.

Z drugiej strony zauważam pewne fazy w życiu kobiety: najpierw chce zaznaczyć swoją niezależność, pozbyć się jarzma, które jej narzucono w domu, stara się być swobodna i walczyć o to, na czym jej zależy potem chce zrobić spektakularną karierę. I nagle taka kobieta staje się zdesperowana, bo w pewnym momencie jej życia - nie wiem, czy to jest u nas uwarunkowane genetycznie, czy jest to tak silny odcisk przeszłości - chce na powrót wrócić do swojej pierwotnej roli: znaleźć samca, który ją zapłodni. Mam wrażenie, że wiele tych samotnych, zrealizowanych zawodowo, artystycznie kobiet trochę udaje, że po cichu bardzo cierpią widząc panią z wózkiem albo taką, która może w niedzielę z wazy nalać zupę komuś, kto jest mężczyzną.




AGNES: Czy urodzenie dziecka jest twoim zdaniem rytem przejścia? Wydarzeniem, po którym stoisz po drugiej stronie?

- Jest, ale to tylko pół prawdy, bo sam fakt, że kobieta urodzi dziecko nie gwarantuje jej przejścia na drugą stronę - to się bardzo często zdarza, nad wyraz często. Ale miałam też okazję spotkać kobiety bardzo rozczarowane. Tak więc uważam, że jeśli kobieta czuje, że nie chce, to nie powinna rodzić. Oczywiście, są kobiety, które twierdzą, że nie, a potem odkrywają w sobie zupełnie nowe pokłady miłości, czułości. Ale są też kobiety, które rodzą dziecko i nigdy nie znajdują tych pokładów miłości, co jest przyczyną wielu nieszczęść. Tak więc nie należy uogólniać.

Ja na przykład nie wyobrażałam sobie siebie w roli matki - bo jestem roztrzepana, niezorganizowana, mam bałagan, nie potrafię wyjąć z szafy ubrań, żeby nie rozwalać całej kupki. Poza tym pracowałam, wyjeżdżałam, gdzie tu dziecko? No i oczywiście przypadek sprawił, że się pojawiło. A potem się okazało, że kompletnie nie wyobrażam sobie życia bez niego.



ANN: Musisz go jakoś specjalnie chronić?

- Ja go chronię, nie chodzę z nim po gazetach, nie fotografuję się z nim, a takich propozycji było milion. I nawet za cenę zrezygnowania z rozmowy ze mną, oni rezygnowali, bo nie chciałam dać dziecka. A było to kompletnie niepotrzebne, on jest i osobną jednostką i ma prawo do własnego życia.

Poza tym uzmysławiam mu bez przerwy, że to nie jest nic wielkiego, że jestem piosenkarką, że czasem jestem w telewizorze, żel czasem na ulicy rozpozna mnie ktoś, kogo nie znamy kto nie bywa u nas w domu. Staram się wychowywać go zwyczajnie i nie robić afery z tego, kim jestem.



ANN: Czy trudno jest odpowiadać na takie podstawowe egzystencjalne pytania dziecka "mamo, po co żyjemy?"

- Trudno. Tym bardziej, że on od małego jest dzieckiem przesadnie wnikającym. Od samego początku wiedziałam, że to jest chłopiec, którego nie wolno okłamywać, nawet w dobrej wierze i że nie można mu sprzedać półprawdy. Na przykład ostatnio wieczorem wpadł w wielki smutek, płakał - myślałam, że może boli go ucho, albo noga, a okazało się, że płakał, bo ten świat jest taki okrutny, ludzie są źli i on nie może tego znieść.

Poza tym trzeba być bardzo mocnym w wiedzy ogólnej, bo dziecko zadaje setki pytań z przyrody chemii, z kosmosu. Szczególnie ma lot na zadawanie mi pytań w środkach lokomocji, przy ludziach. Ja wiem, że mogę coś ściemnić, ale jeśli w pobliżu jest ktoś, kto zna odpowiedź to byłby straszny obciach, więc mówię: możemy porozmawiać o tym później? Ale nie jest tak, że mój syn jest jednym z tych przemądrzałych dzieci, jest raczej trochę łobuzem.



ANN: A mogłabyś opowiedzieć nam swoich fascynacjach muzycznych, poza PJ Harvey?

- Teraz już od tego odchodzę, jest to poniekąd sprawa sprzed roku, ale jest cały nurt smutasów gitarowych, czyli Notwist, Mogwai, Lali Puna, Arab Strap - wszystkie takie bardzo smutne rzeczy gitarowe z lekką domieszką elektroniki. Po tym etapie przechodziłam maksymalną fascynację zagranicznym hip hopem. I to nie podziemnym, hardkorowym, takim dla wtajemniczonych. Raczej tym z telewizji. Na przykład zakochałam się w Missy Elliott i nadal ją wielbię. Trochę, także francuski hip hop. A ostatnio, jako że ciągle robimy muzykę, to w ogóle rzadko jej słuchamy rzadko włączam adapter.



AGNES: Mówiłaś o smutnej muzyce. Smutek jest chyba ogólnie bardziej naturalny, bardziej rozsądny...

- W ogóle jest bardziej. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale ja lubię tylko piosenki, które nawet jeśli są szybkie, energetyczne, nawet jeśli jest to ska, to w obrębie dźwięków pojawiają się w nich takie, które sprawiają, że pomimo że jest to szybkie i do przodu, jest też smutne. Takie rzeczy lubię, nie znoszę wesołych piosenek. Nawet zespół Pogodno, który bardzo lubię i który jest raczej wesoły, też jest lekko zaciągnięty smutkiem. Teraz kupiłam solową płytę Budynia. Mój syn uwielbia Budynia, ma totalny odjazd, uczy się, niestety tekstów na pamięć [od redakcji: sporo w nich brzydkich wyrazów]. I uważam, że pomimo tego, że to jest takie trochę prześmiewcze, trochę wesołe, to pojawia się jakaś mała komplikacja, która powoduje, że czuję się w domu. W ogóle nie lubię piosenek o szczęściu. Uważam, że paradoksalnie bardzo trudno jest taką napisać, i myślę, że ci, którzy się na to porywają, bo myślą, że to się lepiej sprzeda, bo jest przyjemniejsze, popełniają - zakładając, że w jakikolwiek sposób zależy im na słowie - kolosalny nietakt. Naprawdę jest bardzo ciężko napisać fajnie o szczęściu, zazwyczaj wychodzi to ohydnie.



AGNES: Zastanawiałyśmy się razem, co myślisz o sytuacji, w której nagle, już w urządzonym, poukładanym życiu pojawia się wielka, straszna namiętność. Czy wtedy należy oszukiwać samego siebie i posłusznie wypełniać role społeczne, czy wręcz przeciwnie: palić wszystkie mosty podążając za tą namiętnością? Co jest bardziej moralne, lepsze?

- Myślę, że straszny błąd popełniali nasi przodkowie przekazując z pokolenia na pokolenie informacje, że moralne jest właśnie pozostawanie w jakimś układzie i teraz my wszyscy podskórnie czujemy się zobowiązani do tego, żeby wypełniać ten schemat. Ale jest to bzdura, bo nie zdarza się, żeby wytrwać z drugą osobą we względnie świeżej euforii przez milion lat, dlatego wmawianie ludziom, że powinni do tego dążyć jest, moim zdaniem przestępstwem. Nam to zrobiono i my to zrobimy pewnie swoim dzieciom, bo jest to tak silnie zakorzenione. Ja uważam, że trzeba pójść za namiętnością, ale musi to być mądre. Mówimy teraz o sytuacji, w której to my poczuliśmy namiętność, ja, natomiast to powinno być bardzo zrównoważone, musimy również akceptować to, że za chwilę to ktoś nam bardzo bliski poczuje namiętność i pójdzie za nią. I wtedy musimy pozwolić odejść. My odchodzimy, ale liczymy się z tym, że w następnej konfiguracji być może to my będziemy musiały pozwolić odejść i nie mordować w myśli ani siebie, ani kogoś. I nie pozwolić sobie na to, aby stać się małym człowiekiem. Bo wielkie emocje i wielkie rozczarowanie to najlepszy sprawdzian, jakimi jesteśmy ludźmi. W takich sytuacjach wychodzi z nas albo potwór, albo ktoś oświecony To wszystko oczywiście jest strasznie trudne, ale na pewno, moim zdaniem bardziej moralne jest po prostu być uczciwym, powiedzieć: nie, nie mogę, nie chcę, niż kłamać. Bo przyrzekam, że wolałabym dowiedzieć się natychmiast, niż któregoś dnia odkryć, że jestem bardzo mało bystra, bo się nie domyśliłam. Bo niestety taka się refleksja pojawia, że to nie ktoś tak świetnie kłamał, tylko to ja jestem tak głupia, że tego nie przejrzałam, a przecież jestem taka fajna i mądra i w ogóle wszystko w lot chwytam. Tak że, wolałabym wiedzieć. I wolałabym powiedzieć.

Poza tym, nie uważam, żeby życie było takim terytorium, gdzie powinniśmy zaznać największego upodlenia, nieszczęścia, po to żeby zakończyć je godniej. W życiu chodzi o to, żeby być szczęśliwym. Więc wydaje mi się, że jeżeli jest szansa na to, żeby chwycić szczęście i poczuć je, choćby przez chwilę, przez rok, dwa, miesiąc, tydzień - to warto. Bo o to chodzi moim zdaniem w życiu. Tylko trzeba być pewnym, przy podejmowaniu kluczowych decyzji w życiu dużą rolę odgrywa pewność, o którą bardzo ciężko, niestety Wtedy jednak zawsze możemy się ratować tym, że mamy prawo do błędu. To też jest dobre wyjście.



Warszawa, 6 października 2004






Rozmawiały: Agnieszka Dorotkiewicz, Anna Dziewit

LAMPA nr 8

listopad 2005




Materiał zgromadził(a): Szlachcic
 
 
 
 
A R C H I W U M
Czerwona wstążeczka [felieton] - Filipinka K. Nosowska
Udawaj że mnie kochasz [wywiad] - Machina Grzegorz Brzozowicz
Echosystem DVD [recenzja] - Teraz Rock Wiktoria Królikowska
Tolerancja - chwilowe załamanie? [wywiad] - Pomagamy Magda Dzikowska, Kasia Pszczoła
HEY na Igrach [relacja] - serwis muzyka.pl Dominika Obacz
Przybierają pozy [wywiad] - serwis muzyka.pl Kamil Downarowicz
Formuła długowieczności [wywiad] - serwis dlastudenta.pl Marcin Gebicki
HEY tworzy system [recenzja] - Gazeta Wyborcza Robert Sankowski
Wywiad z Kasią po koncercie w Uchu [wywiad] - serwis trojmiasto.pl Katarzyna Rachańska, Michał Dolny
Kasia o dzieciństwie, zespole HEY i solowych dokonaniach [wywiad] - Codzienna Gazeta Muzyczna Krzysztof Kowalewicz
O Yugotonie [wywiad] - serwis wp.pl Albert Mączniak
O [sic!] [wywiad] - serwis wp.pl Wojtek Belke
O Sushi [wywiad] - serwis wp.pl Wojtek Belke
Za dredy biją [artykuł] - Nowiny Grzegorz Król, Bartłomiej Zaborowski
Kasia i Hey w Szczecinie [artykuł] - serwis gazeta.pl Ewa Podgajna
Mam totalny odjazd na słowa [wywiad] - Pro Rock Tadeusz Bisewski
HEY w Stodole [relacja] - Pro Rock Kasia Jędrak
Music, Music [recenzja] - Pro Rock Radek Pulkowski
Nie lubię wymyślać tytułów [wywiad] - Muza Marta Ślendak
Wywiad z Kasią Nosowską [wywiad] - serwis RockMetal.pl Krzysztof Kowalewicz
Wywiad z Piotrkiem Banachem [wywiad] - serwis RockMetal.pl Krzysztof Kowalewicz
Wywiad z Kasią Nosowską [wywiad] - serwis dlastudenta.pl Maciej Szymański
Kompletnie bezkonfliktowo [wywiad] - serwis Onet.pl Lesław Dutkowski
Chłopaki nie kumają babskich "odjazdów" [wywiad] - serwis Onet.pl Wojtek Kozielski
Jesienno-zimowy HEY [wywiad] - serwis PozytywneWibracje.pl Natalia Ciszek
Kasia o Echosystemie [wywiad] - Gala Ewelina Kustra
Never mind the bollocks, here is Piotr Banach [wywiad] - Brum Jakub Rotten
Koncert w Świdnicy [relacja] - Wiadomości Wałbrzyskie MW
O! [artukuł] - Teraz Rock Marcin Żabiełowicz
Niebezpieczne związki [wywiad] - Brum Anita Bartosik
Lek na całe zło [wywiad] - Tylko Rock Wiesław Królikowski
Rzeka rocka [recenzja] - Polityka Mirosław Pęczak
Kasia o Echosystemie [artykuł] - Polityka K. Nosowska
Jestem hipochondryczką [wywiad] - Miasto Kobiet Paweł Gzyl
Echosystem [recenzja] - Przekrój Bartek Chaciński
Wywiad z Kasią [wywiad] - Peryskop Ania Porzeczka Porzuczek
Coś zmarło, coś się rodzi, coś ze mną się dzieje [wywiad] - Brum Anita Bartosik
Jestem brudna i zepsuta [wywiad] - Przegląd Przemysław Szubartowicz
Schisophrenic Family [wywiad] - Brum Kuba Wojewódzki
Jeszcze 27 [artykuł] - Tylko Rock Bartek Koziczyński
Tylko piosenki [wywiad] - Tylko Rock Wiesław Królikowski
Skutki uboczne rachunku sumienia [wywiad] - Brum Anita Bartosik
Power of HEY [artykuł] - Teraz Rock Angelika Kucińska
Nie tylko o złośliwym dziennikarzu [wywiad] - XL Goran Cziwotioff
Czuję się wolna [wywiad] - Tylko Rock Bartek Koziczyński
Chłopak na opak [wywiad] - Brum Kuba Wojewódzki
Wszyscy faceci to świnie [wywiad] - Brum Kuba Wojewódzki
Zaklęte rewiry dyskretnej troski [artykuł] - Brum Anita Bartosik
Schody do nieba [recenzja] - Teraz Rock Wiesław Królikowski
100 niesamowitych momentów polskiego rocka [artykuł] - Teraz Rock Wiesław Królikowski, Grzesiek Kszczotek
 


Strona główna|News|Koncerty|Dyskografia|Teksty|Historia|Galeria|Archiwum|Forum|Kontakt|Fankluby|Linki|Video|Sklepik
Copyright 2002-2010 © Artgrupa & HEY